Tragedie rzymskie ( Roman Tragedies ) – to spektakl zaprezentowany 15 października 2009 roku w dużej hali Wytwórni Filmów Fabularnych, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego DIALOG_WROCŁAW .
Reżyseria : Ivo van Hove
Wykonanie : Toneelgroep Amsterdam, Amsterdam (Holandia/Holland)
Czas trwania : 5h 45′
Nie jest łatwo być na NIE , kiedy tyle znakomitości wyraziło swoje achy i ochy na temat przedstawienia. Dlatego zacznę od pochwały aktorskiego zespołu, którego zaangażowanie było autentyczne i, biorąc pod uwagę wielogodzinny czas realizacji , godne wyrazów największego podziwu.
Ad rem…
Faktycznie na scenie, przypominającej wystrojem poczekalnię lub spore biuro, nie dzieje się nic godnego uwagi. Historyczne wydarzenia, czyli tytułowe Tragedie Rzymskie, opowiedziane są głównie w dialogach. Uzupełniające informacje „przepływają” na cyfrowym banerze. Tłumaczenia dialogów pojawiają się na telebimie i rozstawionych na sali licznych monitorach.
Konieczność ich czytania (dla osób nie znających holenderskiego), w istocie pozbawia możliwości nawiązania tego, specyficznego dla teatru, kontaktu z żywym aktorem i śledzenia akcji scenicznej. Co i tak nie byłoby łatwe przy takim zagęszczeniu i jednocześnie rozproszeniu rekwizytów i postaci, zajmujących każde wolne siedzisko.
Tu aktor od widza różni się tym, że mówi do mikrofonu…
Widzowie, którzy zajęli miejsca na scenie, momentami wypadają dobrze. Ich obecność koresponduje z akcją a raczej treścią przedstawienia. Czasami jednak scenki z ich udziałem są przykrym zgrzytem… Ot, choćby widok gościa wcinającego z tekturki kiełbasę z musztardą, kiedy ważą się losy Rzymu i za dwie minuty zginie Korolian.
Reasumując…
Nie odpowiada mi taka konwencja teatru. Sposób realizacji przedstawienia potwierdził tylko oczywistą prawdę, że żyjemy w świecie informacji rozproszonej, że wszechobecne media, poprzez serwowany nadmiar i lakoniczność wiadomości o wojnach, zbrodniach i ofiarach, znieczulają naszą wrażliwość na tragedię i los drugiego człowieka.
Istotą teatru była i jest gra aktorów „na żywo” dla zgromadzonej publiczności. Poniekąd ten warunek został spełniony. Ale to nie na aktorów skierowany był wzrok widzów, tylko na telebim i ekrany monitorów. Dziwnie to z boku wyglądało.
Obserwacja gry aktorskiej i teatralnych środków wyrazu ograniczała się zatem do wybranych przez kamerzystę postaci i fragmentów scen.
Co mogłoby uratować spektakl?
Hmm… Myślę, że użycie najnowszych technologii zdecydowanie powinno objąć wyposażenie widza w słuchawki -translatory, by w ten sposób zagwarantować mu niezakłócony kontakt z żywym aktorem i naturalną akcją sceniczną, nie przefiltrowaną przez obiektyw kamery i wyplutą na ekrany monitorów.
Być może wtedy byłabym na TAK.







Ciekawa relacja. W takim wydaniu to bardziej happening, niż spektakl teatralny.